
17.15, 28 lipiec, 2009
|
![]() |
||
|
Badanie klikalności linków
Spam w dowolnej postaci
Google próbuje zwalczać te techniki poprzez nakazy/zakazy, nadawanie linkom wag (wielkość czcionki, umiejscowanie na stronie), maszynowe badanie tematyczności strony/linka itp. Jednakże tego typu działania powodują odejście od naturalnych przesłanek pierwotnej idei. W gruncie rzeczy, odwoływanie się do innych publikacji ma przecież służyć umożliwieniu dalszego zgłębiania tematu, sięgania do źródła. To samo tyczy się koncepcji stosowania odnośników hipertekstowych. Jeżeli tak spojrzymy na problem, jasnym stanie się, że w erze szeroko rozumianego spamu w internecie, badanie istotności linków nie może odbywać się w oderwaniu od ich klikalności. Użyteczność ponad wszystko Wprowadzenie do algorytmu wskaźnika użyteczności (klikalności) linków z miejsca odbiera sens ich ukrywaniu. Weryfikuje także kwestię tematyczności i słabej jakości treści. Niezadowolenie użytkownika z serwowanej treści zniechęca do dalszego przeglądania zasobów na stronie. Tematyczność linku zastąpiłyby kreatywność i pomysłowość jego użycia (nierzadko dygresja bywa ciekawsza niż główny wątek). Nie byłoby także kopiowania i pisania “do szuflady” (dla robotów). Warto zauważyć, że ta koncepcja wpisuje się w Web 2.0 i to bez konieczności dodatkowego manualnego “wykopywania” stron. Pozostają tylko linki. Im bardziej użyteczne, tym większą moc przekazujące stronie. Jak to wprowadzić Jestem przekonany, że testy idą już pełną parą. A, że Google wie jak testować i temat nie jest mu obcy, może świadczyć przeprowadzone niedawno badanie klikalności linków. Adam Cieśla |
|||
|
Ciekawy post Adamie, czy jednak faktycznie uważasz, że uwzględnienie klikalności linków dla ustalania PageRank jest w ogóle możliwe? Przecież żaden crawler nie śledzi działania użytkownika, tylko przeprowadza statyczną analizę strony (treść i te nieszczęsne linki). Na ten moment wydają mi się możliwe (technicznie) takie rozwiązania: Rozwiązanie pierwsze jest nieodpowiednie, bo nie będziemy mieć pewności, że 100% internautów używa takiego rozszerzenia, więc klikalność linków nie będzie prawidłowa. Drugie dyskryminuje niekorzystających z analytics i dane znów nie są reprezentatywne. Trzecie oprócz tego, że dane nie są reprezentatywne otwiera drogę do oszustwa. Czym innym jest zbadanie czy kolor (rozmiar czy cokolwiek) linka wpływa na jego atrakcyjność (tu potrzebna jest tylko reprezentacja populacji do przeprowadzenia badania), a czym innym zbudowanie rankingu stron na podstawie faktycznej popularności konkretnych linków (to moim zdaniem uniemożliwia aktualna wersja bezstanowego protokółu http). Powiedz Adamie - czy ten post to wyartykułowanie Twoich marzeń odnośnie PageRank niepodatnego na oszustwa, czy masz jakieś konkretne przecieki? No jest to problem natury technicznej. Trzeba mieć narzędzie umożliwiające globalne zbieranie informacji na temat wszystkich stron (no bo nie wyobrażam sobie aby to mogło działać wybiórczo) i wszystkich akcji użytkowników. Jest to podobny problem jak z ideą targetowania behawioralnego (http://plutecki.net/2009/02/co-to-jest-targetowanie-behawioralne/). Z tym, że wybiórczo (od strony technicznej) targetowanie behawioralne można wprowadzać, natomiast rankingu linków raczej nie. Jeśli na świecie są firmy, które mogą poszczycić się posiadaniem wiadomości (posiadanie!=przetwarzanie) na temat 80-90% użytkowników sieci to są to: Z tym, że obie firmy mają w ostatnich latach złą prasę. Google szczególnie za sprawą coraz większej wiedzy (i czasami ingerencji) w dane użytkowników. I tak w światku e-marketingowców krążą opowieści, jak to kampania Adwords pomaga w pozycjonowaniu (poprawia wyniki organica) - osobiście uważam, że jeśli taki efekt jest to jest to sprzężenie zwrotne (czy też efekt halo tego, iż popularność witryny dzięki Adwords jest większa). To wymagałoby akceptowania regulaminów - nie mówię o akceptacji regulaminu Google Analytics czy Adwords - bo to usługa dla wiedzących o co chodzi, ale regulaminów http://www.google.com. Chcesz korzystać z wyszukiwarki, zaakceptuj regulamin przetwarzania i śledzenia tego co robisz….. Na miejscu Google nie ryzykowałbym złej prasy, protestów społecznych, może procesu przed Komisją Europejską itd. aby polepszyć działanie algorytmów PR. Szczególnie, iż bing i yahoo (albo może bing=yahoo?!) coraz mocniej walczą o utracone pozycje. Dlatego dalej traktuje wspomniane przez Ciebie testy, jako wew. testy służące między innymi poprawie użyteczności interfejsu nowego Google Docsa (ponoć już za momencik), Chrome’a, Wave’a, Chrome OS’a itd. Oczywiście zdaję sobie sprawę z trudności technicznych (nie bez przyczyny pierwotnie tytuł posta miał brzmieć “Google: Odyseja organiczna” @Grzegorz - rozwiązanie 2 - osobiście w nim upatruję największych nadziei. Moim zdaniem “nakazanie” używania Google Analytics nie nosi znamion dyskryminacji. Google od dawna stosuje już wytyczne dla Webmasterów w postaci szeregu nakazów/zakazów. W praktyce nikt nie ma obowiązku ich stosować, tak jak nie ma przymusu być wysoko w SERP’ach Google. Dyskryminacja to może być jednak złe słowo. Chodziło mi o to, że strona A ma linki do stron B i C. Załóżmy, że google zdecyduje się dać bonus za ‘atrakcyjność’ linka (przy pomocy sposobu nr2). Załóżmy też, że B używa analytics, a C nie. Załóżmy, że w link do B klika (i zostaje na stronie) 100 osób miesięcznie, a do C 1000. Strona B dostaje bonus za ‘klikalność’ mimo, że bardziej adekwatną treść ma C. W takim wypadku pozycjonowane strony będą “zobligowane” do używania analytics, a to już podpada pod praktyki monopolistyczne (bardziej niż IE w widnowsach chyba), więc jeśli z technicznego punktu widzenia jest to wykonalne, to ze społeczno-prawnego wręcz niemożliwe. Tak jak Łukaszowi, wydaje mi się, że badanie klikalności linków dostarcza tylko informacji na temat usability, a nie daje nic, jeśli chodzi o lepsze wyniki wyszukiwania w wyszukiwarkach. Aczkolwiek(!) uważam, że pomysł przedni i gdyby internet umożliwiał zbieranie takich informacji - rezultaty w wyszukiwarkach częściej mogłyby prowadzić do faktycznie interesujących nas stron. Dziś news, ze MS robi fuzje z Yahoo i potwierdzenie wczorajszych pogłosek, iż YahooSearch będzie zjedzone przez Binga….. Bing zyskuje udział w rynku (raczej nie w Polsce) 25%…… BTW. szkoda, bo Yahoo rozwijał fajne i dość użyteczne gadżety (np. integracja wyszukiwarki zdjęć z Flickr) Wychodzi na to, że albo wyniki będą niereprezentatywne, albo użytkownicy będą inwigilowani, na co na pewno się nie zgodzą (mam tu na myśli odpowiednie instytucje, KE itp.). Kiepska sprawa. Zresztą w ogóle wydaje mi się, że jeśli coś hamuje dalszy rozwój Sieci (a w szczególności kolejne wdrożenia Google), to nie są to bariery technologiczne, a prawno-społeczne (za wyjście z bezstanowego protokółu http też z tego powodu nikt się raczej w najbliższym czasie nie zabierze). A gdy tak zaczynam dumać to w ogóle wydaje mi się, że nikt o zdrowych zmysłach nie umieszcza już na swoich sajtach linków do innych stron z innych powodów, niż pozycjonerskie albo reklamowe. Dawniej, kiedy rynek wyszukiwarek był rozdrobniony i nijaki, skakanie od strony miało jakiś sens i mogło gdzieś zaprowadzić. Dzisiaj prawie nikt nie ufa odnośnikom na zewnątrz witryny, poza robotami oczywiście Tu jest o tym jak to GoogleBot zaczął czytać GoogleAnalytics: http://searchengineland.com/is-googlebot-skewing-google-analytics-data-22313 @Maciek - jak automatycznie oceniać wartość treści? Przez czas pozostawania na stronie (trzeba wówczas także uwzględnić długość tekstu)?. Czas mierzony od momentu…najcześciej przekliknięcia linka. Gdyby tak na w miarę precyzyjne zapytanie wyskakiwało od razu top10 najlepszych rozwiązań problemu @Łukasz - Raczej o tym jak to GoogleAnalytics zaczęło czytać Googlebota. No tak, ale samo sie nie. No bo żeby GA zindeksowało GB, to najpierw GB musi uruchomic kod javascript GA. Zostaw komentarz
|
|||




